Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2011

More Songs About Buildings and Food (1978)


Baaaardzo długo zwlekałem z tym albumem, ale w końcu here it is. Mam nadzieję, że znacie przynajmniej z nazwy grupę Talking Heads, więc tylko małe przypomnienie. Dowodzony przez niejakiego Davida Byrne'a, zespół jest jednym z najważniejszych przedstawicieli nurtu New Wave, który dał też podwaliny pod późniejszą scenę dance-punk (tak, Murphy, to do Ciebie). Łącząc taneczne rytmy z bogatym instrumentarium oraz intelektualnymi tekstami wokalisty, grupa na stałe wpisała się do historii muzyki jako jeden z oryginalniejszych bandów przełomu lat '70 i '80. More Songs About Buildings and Food jest jednym z przykładów muzycznego geniuszu muzyków, jak i Briana Eno, występującego tutaj w charakterze producenta (i muzyka; wyprodukował też ich dwa kolejne, świetne albumy: Fear of Music i Remain in Light). Muzycznie, płyta wpisuje się w trend popularnej wtedy jeszcze muzyki disco i funk - stawiałbym na połączenie Jamesa Browna i... hmm, nie mam konkretnego porównania; po prostu mocnego, gitarowego brzmienia. Ocencie sami, czy bardzo się pomyliłem w porównaniach.

Link w "czytaj więcej".

sobota, 15 października 2011

Station to Station (1976)


David Bowie. Człowiek-legenda. Ilość albumów ma porażającą, liczbę zmiany stylistyk też. Wykreował parę osobowości scenicznych, alter-ego, m. in. Ziggy'ego Stardusta i Thin White Duke'a, w którego wciela się właśnie na opisywanym dzisiaj albumie. Co tu dużo mówić, Bowie w okresie nagrywania krążka wciągał ogromne ilości kokainy (sam mówi, że nie pamięta NIC z okresu produkcji), a jego alter-ego było tego odzwierciedleniem. Jeden z utworów na płycie (TVC 15) opowiada o halucynacji, kiedy wydawało mu się, że jego telewizor pożera dziewczynę Iggy'ego Popa (!). Kolejny utwór, Stay, powstał w narkotykowym szale, jak powiedział gitarzysta Carlos Alomar. Sam album jest pomieszaniem funkowego brzmienia (z lekką domieszką soulu) i krautrockowych inspiracji Bowiego (zastosowanie syntezatorów i charakterystycznego rytmu). I, według mnie, efektem tego jest jeden z jego najlepszych albumów, a przynajmniej mój ulubiony. Wszystko tu gra jak powinno, produkcja jest fantastyczna, a sam Bowie wspina się na wyżyny swoich wokalnych umiejętności. Sekcja rytmiczna jest znakomita, a Alomar stworzył parę naprawdę charakterystycznych riffów, czyniących tą płytę jeszcze bardziej wybijającą się z całej dyskografii. Zresztą, dość pierdolenia, po prostu trzeba to usłyszeć samemu. Jeśli tego nie polubicie, nie macie duszy. I chaty.

Link w "czytaj więcej".