Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the cure. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the cure. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2011

The Head on the Door (1985)


Po "mrocznej trylogii" (Seventeen Seconds, Faith i Pornography), Robert Smith zmęczył się mrocznymi, depresyjnymi klimatami - szczególnie, że wpadł przez to w załamanie nerwowe; samo The Cure też stało na krawędzi rozpadu. Postanowił utrzeć nosa krytykom muzycznym, jak i słuchaczom, serwując nam najpierw psychodeliczne The Top, a następnie opisywane The Head on the Door. Już pierwszy utwór, singlowe In Between Days ukazuje nam wielką muzyczną przemianę zespołu, który z mrocznego post-punku (lub też gotyckiego rocka) przeszedł w dużo bardziej komercyjne rejony, serwując nam mieszankę new wave z popem. Co prawda na pewnych utworach nadal czuć echo przeszłości (Kyoto Song), lecz znakomita większość utworów jest bardziej przystępna w odbiorze i, o dziwo, optymistyczna (Six Different Ways i Close To Me są chyba najbardziej dobitnym przykładem). Jednocześnie Smith i jego grupa pokazali swój muzyczny talent i wszechstronność, unikając jednocześnie zaszufladkowania (w tamtym czasie, później przyszło Disintegration i zespół znów się stał "smutny" w opinii większości).

Link w "czytaj więcej".

Pornography (1982)


No i doszliśmy do ostatniej części "mrocznej trylogii" grupy The Cure, czyli albumu Pornography. Jest to jeden z ich bardziej znanych krążków, przedstawiany często jako klasyk gotyckiego rocka. Bardziej jednak bliżej płycie do nurtu darkwave, choć jeśli rozumiemy "gotyk" jako ogólnie pojęty mrok i cierpienie, to tak, Pornography jest tego pełne. Już słowa zaczynające pierwszy utwór (It doesn't matter if we all die) ukazują, w jakim stanie grupa znajdowała się podczas nagrywania materiału. Znikł zimny spokój znany z poprzednich albumów; zamiast tego są rozpaczliwe teksty i głośne, ostre gitary. Jedynie "mechaniczna" perkusja została ta sama, choć czasem brzmi raczej żywo. Nie wszystkie utwory są tak agresywne (Siamese Twins, A Strange Day), lecz ładunek emocjonalny pozostaje ten sam. Robert Smith określił Pornography jako album definiujący muzykę The Cure i ma w tym sporo racji. Enjoy.

Link w "czytaj więcej".

Other Voices (1981)



The Cure z okresu Faith i Robert Smith jako "ciacho". Cholera, nawet jako hetero muszę powiedzieć, że jest przystojny.

sobota, 19 listopada 2011

Faith (1981)


Kolejna pozycja z wysokiej jakości dyskografii The Cure (oczywiście ograniczając się tylko do lat '80... niestety). Faith jest dość podobne do swojego poprzednika, przepełnionego chłodem Seventeen Seconds. Muzycznie jest praktycznie tak samo - dominują syntezatory i bas, tylko perkusja nadaje tutaj jakikolwiek rytm. Jeśli jednak chodzi o klimat, jest zupełnie inaczej. Jest żywiej, bardziej emocjonalnie i czasem nawet agresywnie (Doubt). Ponad wszystkie wybijają się takie utwory, jak All Cats Are Gray - spokojny, lecz niesamowicie klimatyczny i wyciszający, czy przejmująco smutne The Funreal Party, człowieka przechodzą czasem dreszcze (również idealna piosenka do płaczu, heh); singlowe Primary jest dość "neutralne", a całą płytę kończy epickie (tak, wiem, że w języku polskim nie ma tego słowa, wypad poloniści) Carnage Visors, które jest soundtrackiem do filmu puszczanego podczas ówczesnej trasy koncertowej (więcej info na ten temat tutaj, po angielsku); niemal 30 minut mrocznego, muzycznego transu. Względny spokój jednak zostanie w niedalekiej przyszłości porzucony na rzecz muzycznego "ataku" na szeroką skalę - Pornography.

Link w "czytaj więcej".

Seventeen Seconds (1980)


Kolejny album The Cure i nagła zmiana stylistyki. Ze skocznych melodii i rytmu zespół przeszedł w syntezatory i charakterystyczny "chłód" (no i już wiecie, skąd nazwę wzięła "zimna fala"). Grupa nagrała Seventeen Seconds dość szybko, przy ograniczonym budżecie (nie zdziwcie się więc, że The Final Sound ma tylko 52 sekundy; podczas nagrywania taśma się wyczerpała, a zespół nie miał ani czasu, ani pieniędzy, by nagrać to ponownie), za to sam Robert Smith miał niesamowitą wenę i napisał wszystko praktycznie w studiu. Co o samym albumie? Jest dość spokojny, w sam raz do słuchania jesiennymi wieczorami (same drzewa na okładce płyty wyglądają na mocno jesienne). Jest smutek, ale bardziej w formie cichego przeżywania; wspomniany chłodny klimat jest dość odczuwalny i brak tutaj emocjonalnego podejścia do tematu, które moim zdaniem cechuje bardziej następny album, czyli Faith. Jest to też tym samym zaczątek tzw. "mrocznej trylogii" grupy, po której zespół poszedł w bardziej popowe rejony... lecz do tego dojdziemy. Na razie zapraszam do przesłuchania.

Link w "czytaj więcej".

Three Imaginary Boys (1979)


Three Imaginary Boys to debiutancki album, znanej chyba czytelnikom grupy The Cure, pionierów "gotyckiego" rocka (sam lider Robert Smith nienawidzi takiego kategoryzowania jego muzyki), choć ich debiut bardziej zalicza się do typowego post-punku. Brak tutaj rozpoznawalnych klawiszy, charakterystycznej, "mechanicznej" perkusji, czy przygnębiającego klimatu (choć tutaj można się w paru przypadkach kłócić), które cechują późniejsze albumy - jest za to energia, dość chwytliwe melodie i dwa utwory, które nie miały się znaleźć na albumie (wytwórnia zadecydowała inaczej niż Smith, dopiero później zdołał posiąść pełną kontrolę nad produkcją albumów zespołu). Mamy tutaj melancholijne 10:15 Saturday Night, punkowe Object, mroczny Subway Song (trzymajcie się przy końcówce, hehe), czy depresyjne Three Imaginary Boys, dające wskazówkę, w którą stronę pójdzie muzyka grupy na następnych produkcjach. Dobry początek na zapoznanie się z "Kjurami".

Link w "czytaj więcej".