Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą experimental. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 listopada 2011

The Flowers of Romance (1981)


Public Image Ltd. słynie z nagłych zmian stylistyk na kolejnych albumach (przynajmniej do czasu); Flowers of Romance nie jest wyjątkiem. Po odejściu Jah Wobble'a, basisty zespołu, w składzie pozostali praktycznie John Lydon i Keith Levene. Martin Atkins, ówczesny perkusista, zagrał tylko na czterech utworach, zmuszony oddać się swoim innym zobowiązaniom. W takim wypadku Lydon mógł uwolnić swój potencjał i bardziej wpłynąć na muzykę grupy. Album skoncentrowany jest głównie na grze perkusji i rozmaitych innych rozwiązaniach - syntezatorach, manipulacją taśm, czy nawet nagrywaniem odgłosów; brak tutaj charekterystycznej gitary Levene'a (słyszalna jest tylko w jednej piosence), czy basu Wobble'a. Nie można nie wspomnieć o mocnym wypływie muzyki dalkiego wschodu, co słychać m. in. w utworze Phenagen, czy tytułowym Flowers of Romance. Można też tu znaleźć utwory mocno przypominające dzisiejszy industrial (Banging the Door, chyba mój ulubiony na płycie).

(Trzy ostatnie, dodatkowe utwory na albumie to bonusy dodane do wersji CD, w tym Home Is Where the Heart Is, zagrane jeszcze w stylu znanym z Metal Box)

Link w "czytaj więcej".

piątek, 18 listopada 2011

The United States of America (1968)


Jeden z szerzej nieznanych klasyków ery psychodelicznej lat '60. Nagrany przez grupę o tej samej nazwie, The United States of America łączy psychodeliczne klimaty, spopularyzowane m. in. przez The Doors, czy Jefferson Airplane, z nowatorskim, wręcz awangardowym użyciem elementów elektronicznych, co bardziej przywodzi na myśl dokonania Silver Apples. Przykład z brzegu? Nie ma tutaj gitary, co może dziwić, słysząc takie utwory jak Hard Coming Love, czy Coming Down - okazuje się, że to albo przetworzone, elektryczne skrzypce, lub... generatory. Cóż, w tamtych czasach trzeba było się obyć bez super bajeranckich syntezatorów, którymi wspiera się dzisiaj co druga indie popowa grupa. Ogólnie, album lawiruje między ostrymi, energicznymi utworami, a typowo psychodelicznymi, spokojnymi kompozycjami (Cloud Song, Where is Yesterday); warto zwrócić też uwagę na miażdżący, końcowy utwór The American Way of Love (tutaj też są użyte "potężne" generatory), który w połowie zmienia się w totalną jazdę po przypadkowych kawałkach poprzednich numerów, coś w stylu podsumowania. Dla samej elektroniki warto przesłuchać ten album i zobaczyć, jak "to" się robiło bez wsparcia współczesnej technologii.

Link w "czytaj więcej".

wtorek, 6 września 2011

A Trip To Marineville (1979)


Swell Maps to kolejna legendarna formacja post-punkowa, której wpływy sięgają aż do dzisiaj. Wzorowało się (czytaj - ściągało, co się da) na nich m. in. sławne Sonic Youth (sam Thurston Moore powiedział, że to jedna z jego ulubionych kapel). Głównymi postaciami zespołu byli bracia Nikki Sudden (Adrian Nicholas Godfrey) i Epic Soundtracks (Kevin Paul Godfrey) [ten drugi wygrał zresztą batalię z tak samo nazywającą się wytwórnią płytową, która w efekcie musiała zmienić nazwę]. Tychże dwóch braci nasłuchało się glam rocka (T. Rex) i krautrockowego eksperymentalizmu (Can), połączyli to z modną w tym czasie estetyką punkową... i wyszedł im jeden z najlepszych albumów końca lat '70, moim skromnym zdaniem. Słuchając tej płyty, czuję się trochę, jakbym jechał kolejką górską - wprost ku otchłaniom "manii". Zaczyna się dość typowo, od mocno punkowego H.S. Art; później napierdala Spitfire Parade, zaraz potem szaleńcze Harmony In Your Bathroom. Później jeszcze parę kawałków już trochę mniej punkowych... Aż wreszcie dochodzimy do głównego punktu programu - Gunboats:


8 minut psychodelicznego eksperymentalizmu. Brak mi słów na opisanie tego, co czuję, słuchając tego utworu. Dodajmy jeszcze 7 minut czystej improwizacji zaraz potem i wychodzą godni następcy Can. Nie mogę chyba dodać nic więcej, trzeba się po prostu przekonać samemu, jak to wychodzi w praniu.

Link w "czytaj więcej".

czwartek, 25 sierpnia 2011

Metal Box (1979)


Najpierw opowiastka. Akcja: OFF Festival 2011. Czas: ostatni dzień festiwalu, godzina 23.30. Siedząc w namiocie, umierając z przeziębienia i ogólnego niechcenia, rozkminiałem "za" i "przeciw" pójściu na koncert Public Image Ltd. Z jednej strony szansa zobaczenia po raz pierwszy legendarnego Johna Lydona i posłuchania paru hitów zespołu, z drugiej plotki o ich nie najlepszej formie. Stwierdziłem jednak, że warto byłoby dać szansę, a nuż będzie fajnie.

Było zajebiście.

Cut the shit, czas na właściwą treść. Metal Box to bodaj najbardziej rozpoznawalny album grupy i z pewnością ich najlepszy. Określany jako kamień milowy post-punku i muzyki eksperymentalnej, płyta zachwyca już samym opakowaniem. Wielkie, okrągłe, metalowe pudło, a w nim parę krążków i notka z tracklistą i podziękowaniami. Lecz nie to jest najważniejsze, a muzyka zawarta w owym pudle. W porównaniu z debiutem (o którym kiedy indziej), Metal Box koncentruje się na "ciemnym", mrocznym brzmieniu, uzyskanym poprzez charakterystyczny styl gry basisty (Jah Wobble); bas dosłownie zalewa głośniki, w tle słychać ostre, "aluminiowe" dźwięki gitary (Keith Levene). Wszystko to dopełnia wokal Johna Lydona, który w swoim teatralnym stylu wydobywa z siebie kolejne partie tekstu. Choć nie zawsze, bo jest tutaj parę utworów instrumentalnych (najlepiej wspominam Radio 4). Ogółem, według mnie (i nie tylko) "must hear", jeśli interesujesz się szeroko pojętym rockiem eksperymentalnym.

Link w "czytaj więcej".

piątek, 22 kwietnia 2011

Further (1995)


Kolejna płyta Flying Saucer Attack, Further, jest porównaniu do debiutanckiego LP dużo bardziej mroczniejsza. Tym razem dominuje tu gitara akustyczna i elementy ambientowe, dzięki którym album ma zupełnie inny klimat od poprzednika (często słychać odgłosy spadających kropel deszczu, co jest chyba oczywistą wskazówką, kiedy najlepiej płyty słuchać). Nie brakuje ciężkich kawałków (Here I Am, w nocy na full głośności robi przerażające wrażenie), jak i tych spokojnych i "sielankowych" (She is the Daylight), jednak jak już mówiłem, zwykle dominuje dosyć "niepokojący" klimat. Podsumowując, kolejny świetny album FSA, który nie powiela schematów i zabiera słuchacza w inny świat.

Link w "czytaj więcej".

Soundtracks for the Blind (1996)


Nie będę tu dużo pisał. Według mnie, jeden z najlepszych albumów "alternatywnych", a już na pewno najlepszy album Swans. Znajdziecie tu wszystko - punk (Yum-Yab Killers), ambient, a nawet techno (Volcano, chociaż no i tak przebija wszystkie "manieczki"). Jednak wg. mnie, najbardziej wartymi uwagi są trzy utwory: Helpless Child, Animus i The Sound. Wspaniałe, pełne emocji i melancholii, choćby dla nich warto zainteresować się tą płytą (co nie oznacza, że pozostałe kawałki nie są dobre, wręcz przeciwnie). Szczerze polecam, niesamowite przeżycie gwarantowane.

Link w "czytaj więcej".

czwartek, 14 kwietnia 2011

Paper Hats (1981)


Aż trudno uwierzyć, że to utwór z 1981 roku, coś genialnego. Wszystkie indie-pindie mogą się schować.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Flying Saucer Attack (1993)


Flying Saucer Attack (1992-2000) to kolejny zespół z Anglii, który zalicza się do popularnego wśród niezali gatunku ("estetyki", w Porcysowym slangu) shoegaze. I nie chodzi tu jedynie o to, że muzycy gapią się na swoje buty. Charakterystyczna ściana dźwięku i "słodkawy" (?) klimat - wszystko to jest zawarte na debiutanckiej płycie opisywanego zespołu. Cichy, jakby senny głos wokalisty i głośne gitary w mojej ocenie idealnie się komponują i wprowadzają słuchacza w tzw. "odlot". Spośród wszystkich utworów, wyróżniają się Popol Vuh 1/2 oraz Moonset, które są odmianą od "napierdalania" i pozwalają wytchnąć słuchaczowi oraz wczuć się w klimat albumu (warto uruchomić wyobraźnię). Ostatni utwór, The Season is Ours jest dosyć melancholijny i pozwala się zastanowić, jakby wszystko podsumować. Gorąco polecam, zwłaszcza tym, którzy nieco się już zmęczyli 160-siątym odsłuchem Loveless ;-)

Link jak zwykle w "czytaj więcej".