Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychedelic rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychedelic rock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 listopada 2011

The United States of America (1968)


Jeden z szerzej nieznanych klasyków ery psychodelicznej lat '60. Nagrany przez grupę o tej samej nazwie, The United States of America łączy psychodeliczne klimaty, spopularyzowane m. in. przez The Doors, czy Jefferson Airplane, z nowatorskim, wręcz awangardowym użyciem elementów elektronicznych, co bardziej przywodzi na myśl dokonania Silver Apples. Przykład z brzegu? Nie ma tutaj gitary, co może dziwić, słysząc takie utwory jak Hard Coming Love, czy Coming Down - okazuje się, że to albo przetworzone, elektryczne skrzypce, lub... generatory. Cóż, w tamtych czasach trzeba było się obyć bez super bajeranckich syntezatorów, którymi wspiera się dzisiaj co druga indie popowa grupa. Ogólnie, album lawiruje między ostrymi, energicznymi utworami, a typowo psychodelicznymi, spokojnymi kompozycjami (Cloud Song, Where is Yesterday); warto zwrócić też uwagę na miażdżący, końcowy utwór The American Way of Love (tutaj też są użyte "potężne" generatory), który w połowie zmienia się w totalną jazdę po przypadkowych kawałkach poprzednich numerów, coś w stylu podsumowania. Dla samej elektroniki warto przesłuchać ten album i zobaczyć, jak "to" się robiło bez wsparcia współczesnej technologii.

Link w "czytaj więcej".

niedziela, 28 sierpnia 2011

Tame Impala EP (2008)


Kiedyś zamieściłem tu ich pełnoprawny album (Innerspeaker), teraz czas na ich debiutancką EPkę. Od LP różni go głównie charakterystyka dźwięku - na Innerspeaker pełno było lekkich melodii, bardziej przypominało to dream pop z nutką psychodelii. Za to na EPce, australijczycy z Tame Impala zaserwowali nam klasyczny psych-rock z lat '60, wystarczy zresztą przesłuchać zamieszczony wyżej utwór. Nawet jakość dźwięku jest typowo "sixties", co tylko dodaje smaczku muzyce.

Link w "czytaj więcej".

piątek, 26 sierpnia 2011

From Our Mouths A Perpetual Light (2008)


Jestem dość narąbany, więc będzie krótko. Słucham sobie właśnie tejże płytki i myślę sobie, a co tam, wrzucę, podzielę się moją podjarką. Barn Owl serwuje nam strasznie psychodeliczne granie, połączenie ambientu z mocno transowym dronem, wszystko to skąpane w pustynnym, "piaszczystym" klimacie. Zresztą, trzeba tego doświadczyć samemu. Myślę, że tak jak mi, szybko wam podejdzie. W odpowiednim stanie, najlepiej, he he. W najbliższym czasie wrzucę kolejne płytki duetu.

Link w "czytaj więcej".

niedziela, 14 sierpnia 2011

Feedbacker (2003)


Feedbacker to jakby takie mocniejsze i bardziej smutne Flood. Nonetheless, oba albumy mają mocny, psychodeliczny akcent. Z zaznaczeniem, że Feedbacker stawia bardziej na hałas i emocjonalne podejście do tematu. Przekonajcie się zresztą sami.

Link w "czytaj więcej".

środa, 27 lipca 2011

Flood (2000)


Boris to zespół z Japonii, wykonujący... No, właściwie wszystko. Ich styl muzyczny zmienia się właściwie co płytę. Przerobili już wszystko - od hardcore punku, sludge metal, drony, ambient, psychodeliczny rock, aż po pop (!), czego przykładem są najnowsze wydawnictwa (w tym roku wyszły aż trzy ich nowe płyty, m. in. New Album, poruszający się lekko we wspomnianej stylistyce pop). Jest więc z czego wybierać. 
Chciałbym zaprezentować dzisiaj ich, bodajże mój ulubiony, album Flood. Ostatnimi czasy byłem na koncercie tego zespołu we Wrocławiu (dla waszej wiadomości - rozkurwili system), w międzyczasie słuchając właśnie tej płyty. Coś niesamowitego - każda część tego utworu (bo pomimo tego, że są oddzielne części, wszystko powinno być traktowane jako jedna całość) jest inna. Poczynając od 14-sto minutowej, zapętlonej psychodelii, przez senną i melancholijną część drugą, totalne zniszczenie w części trzeciej i spokojne wycofanie w ostatnim "akcie". Wszystko jest utrzymane w lekko mistycznym klimacie, wprowadzając słuchacza w pewnego rodzaju trans i pobudzając jego wyobraźnię. Już sama okładka płyty dużo nam wyjaśnia - spokojne, morskie głębiny... Lub też bezkresne niebo, zależnie od interpretacji. Tak czy siak, słuchając albumu, zanurzamy się i prędko nie wypływamy z tychże głębin. Czyste piękno.

Link w "czytaj więcej".

czwartek, 5 maja 2011

Innerspeaker (2010)


Innerspeaker to debiutancki album australijskiej grupy Tame Impala, grającej psychodelicznego rocka. Ja bym tego tak nie zawężał, ponieważ "wpływów" słychać o wiele więcej. Jest to bardziej mieszanka psych-rocka z lat '60, wokali a'la The Beatles i energicznych rytmów, nie zabrakło też także dość "ostrych" brzmień, chociaż całość jest bardziej utrzymana w "słodkawym" klimacie. Większa część albumu jest dość lekka w odbiorze i powoduje lekki odlot, końcowe utwory stawia bardziej właśnie na cięższy wydźwięk, co już mniej przypadło mi do gustu, choć nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Ogółem jednak polecam, mam nadzieję, że płyta się wam spodoba.

Link w "czytaj więcej".