Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krautrock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krautrock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 grudnia 2011

The Soft Moon / Total Decay EP (2010 / 2011)



The Soft Moon to przydomek multi-instrumentalisty Luisa Vasqueza, jak i live bandu, z którym koncertuje. Sam muzyk (muzycy?) określają swoją muzykę jako "post-apo", co zlewa się również z moją opinią. Są tu bowiem chłodne, głośne syntezatory, duży nacisk na bas, "szugejzowe" zlewające się gitary oraz krautrockowy rytm. Wszystko to dopełnione jest prawie że niezrozumiałymi wokalami, słowa mają tutaj znaczenie drugorzędzne i bardziej występują w roli stworzenia odpowiedniego klimatu. Z tego też powodu utwory nie mają typowo "piosenkowej" struktury, chodzi bardziej o wprowadzenie słuchacza w trans i zbudowanie nastroju. Całość można nazwać połączeniem Joy Division i Chrome, pierwsze z racji mrocznego, chłodnego klimatu, drugie przez mocno industrialowe naleciałości. Nie jest to nic odkrywczego, lecz zasługuje na uwagę ze względu na bardzo umiejętne połączenie wszystkich wymienionych elementów, brak tutaj też nudy dręczącej płyty w podobnych klimatach; dominuje uczucie niepokoju jak i zaintrygowania u słuchacza, co skłania go do słuchania dalej.

Linki w "czytaj więcej".

sobota, 19 listopada 2011

Low (1977)


Wracamy znów do mojego ukochanego Davida Bowie. Tym razem klasyk, bo album Low, przez wielu uważany za jego najlepszy (choć ten tytuł w mojej opinii leci do Station to Station); zapoczątkował nim również tzw. "Berlińską trylogię" (choć tak naprawdę tylko album "Heroes" został nagrany w całości w Berlinie). Muzyk poszedł dalej w kierunku elektroniki i krautrocka, zapoczątkowanych na poprzednim albumie, tworząc mieszankę gitarowego grania i wszechobecnych syntezatorów. Nie bez przyczyny nad płytą pracował również Brian Eno (który, wbrew powszechnej wiedzy, nie był producentem), stąd też typowe dla niego dźwięki i rozwiązania. Low dzieli się zasadniczo na dwie części - pierwsza, stanowiąca zbitek dość krótkich, energicznych utworów w typowym dla Bowiego, eklektycznym stylu. Druga część natomiast, zaczynająca się od legendarnej już Warszawy, to same ambientowe kompozycje, tutaj wpływ Eno jest niezaprzeczalny. Właśnie te dwa oblicza, wymiary albumu sprawiają, iż jest on tak wyjątkowy. Jest to też ważny album dla mnie samego, głównie za sprawą tekstów na pierwszej, "piosenkowej" części; traktujące głównie o uczuciach i o drugiej osobie (przynajmniej ja tak to interpretuję), w pewien sposób pomogły mi wygrzebać się niegdyś z trudnej, osobistej sytuacji. Polecam posłuchać.

Link w "czytaj więcej".

sobota, 15 października 2011

Station to Station (1976)


David Bowie. Człowiek-legenda. Ilość albumów ma porażającą, liczbę zmiany stylistyk też. Wykreował parę osobowości scenicznych, alter-ego, m. in. Ziggy'ego Stardusta i Thin White Duke'a, w którego wciela się właśnie na opisywanym dzisiaj albumie. Co tu dużo mówić, Bowie w okresie nagrywania krążka wciągał ogromne ilości kokainy (sam mówi, że nie pamięta NIC z okresu produkcji), a jego alter-ego było tego odzwierciedleniem. Jeden z utworów na płycie (TVC 15) opowiada o halucynacji, kiedy wydawało mu się, że jego telewizor pożera dziewczynę Iggy'ego Popa (!). Kolejny utwór, Stay, powstał w narkotykowym szale, jak powiedział gitarzysta Carlos Alomar. Sam album jest pomieszaniem funkowego brzmienia (z lekką domieszką soulu) i krautrockowych inspiracji Bowiego (zastosowanie syntezatorów i charakterystycznego rytmu). I, według mnie, efektem tego jest jeden z jego najlepszych albumów, a przynajmniej mój ulubiony. Wszystko tu gra jak powinno, produkcja jest fantastyczna, a sam Bowie wspina się na wyżyny swoich wokalnych umiejętności. Sekcja rytmiczna jest znakomita, a Alomar stworzył parę naprawdę charakterystycznych riffów, czyniących tą płytę jeszcze bardziej wybijającą się z całej dyskografii. Zresztą, dość pierdolenia, po prostu trzeba to usłyszeć samemu. Jeśli tego nie polubicie, nie macie duszy. I chaty.

Link w "czytaj więcej".