Kolejny album The Cure i nagła zmiana stylistyki. Ze skocznych melodii i rytmu zespół przeszedł w syntezatory i charakterystyczny "chłód" (no i już wiecie, skąd nazwę wzięła "zimna fala"). Grupa nagrała Seventeen Seconds dość szybko, przy ograniczonym budżecie (nie zdziwcie się więc, że The Final Sound ma tylko 52 sekundy; podczas nagrywania taśma się wyczerpała, a zespół nie miał ani czasu, ani pieniędzy, by nagrać to ponownie), za to sam Robert Smith miał niesamowitą wenę i napisał wszystko praktycznie w studiu. Co o samym albumie? Jest dość spokojny, w sam raz do słuchania jesiennymi wieczorami (same drzewa na okładce płyty wyglądają na mocno jesienne). Jest smutek, ale bardziej w formie cichego przeżywania; wspomniany chłodny klimat jest dość odczuwalny i brak tutaj emocjonalnego podejścia do tematu, które moim zdaniem cechuje bardziej następny album, czyli Faith. Jest to też tym samym zaczątek tzw. "mrocznej trylogii" grupy, po której zespół poszedł w bardziej popowe rejony... lecz do tego dojdziemy. Na razie zapraszam do przesłuchania.
Link w "czytaj więcej".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz