niedziela, 20 listopada 2011

Other Voices (1981)



The Cure z okresu Faith i Robert Smith jako "ciacho". Cholera, nawet jako hetero muszę powiedzieć, że jest przystojny.

sobota, 19 listopada 2011

Low (1977)


Wracamy znów do mojego ukochanego Davida Bowie. Tym razem klasyk, bo album Low, przez wielu uważany za jego najlepszy (choć ten tytuł w mojej opinii leci do Station to Station); zapoczątkował nim również tzw. "Berlińską trylogię" (choć tak naprawdę tylko album "Heroes" został nagrany w całości w Berlinie). Muzyk poszedł dalej w kierunku elektroniki i krautrocka, zapoczątkowanych na poprzednim albumie, tworząc mieszankę gitarowego grania i wszechobecnych syntezatorów. Nie bez przyczyny nad płytą pracował również Brian Eno (który, wbrew powszechnej wiedzy, nie był producentem), stąd też typowe dla niego dźwięki i rozwiązania. Low dzieli się zasadniczo na dwie części - pierwsza, stanowiąca zbitek dość krótkich, energicznych utworów w typowym dla Bowiego, eklektycznym stylu. Druga część natomiast, zaczynająca się od legendarnej już Warszawy, to same ambientowe kompozycje, tutaj wpływ Eno jest niezaprzeczalny. Właśnie te dwa oblicza, wymiary albumu sprawiają, iż jest on tak wyjątkowy. Jest to też ważny album dla mnie samego, głównie za sprawą tekstów na pierwszej, "piosenkowej" części; traktujące głównie o uczuciach i o drugiej osobie (przynajmniej ja tak to interpretuję), w pewien sposób pomogły mi wygrzebać się niegdyś z trudnej, osobistej sytuacji. Polecam posłuchać.

Link w "czytaj więcej".

Faith (1981)


Kolejna pozycja z wysokiej jakości dyskografii The Cure (oczywiście ograniczając się tylko do lat '80... niestety). Faith jest dość podobne do swojego poprzednika, przepełnionego chłodem Seventeen Seconds. Muzycznie jest praktycznie tak samo - dominują syntezatory i bas, tylko perkusja nadaje tutaj jakikolwiek rytm. Jeśli jednak chodzi o klimat, jest zupełnie inaczej. Jest żywiej, bardziej emocjonalnie i czasem nawet agresywnie (Doubt). Ponad wszystkie wybijają się takie utwory, jak All Cats Are Gray - spokojny, lecz niesamowicie klimatyczny i wyciszający, czy przejmująco smutne The Funreal Party, człowieka przechodzą czasem dreszcze (również idealna piosenka do płaczu, heh); singlowe Primary jest dość "neutralne", a całą płytę kończy epickie (tak, wiem, że w języku polskim nie ma tego słowa, wypad poloniści) Carnage Visors, które jest soundtrackiem do filmu puszczanego podczas ówczesnej trasy koncertowej (więcej info na ten temat tutaj, po angielsku); niemal 30 minut mrocznego, muzycznego transu. Względny spokój jednak zostanie w niedalekiej przyszłości porzucony na rzecz muzycznego "ataku" na szeroką skalę - Pornography.

Link w "czytaj więcej".

Seventeen Seconds (1980)


Kolejny album The Cure i nagła zmiana stylistyki. Ze skocznych melodii i rytmu zespół przeszedł w syntezatory i charakterystyczny "chłód" (no i już wiecie, skąd nazwę wzięła "zimna fala"). Grupa nagrała Seventeen Seconds dość szybko, przy ograniczonym budżecie (nie zdziwcie się więc, że The Final Sound ma tylko 52 sekundy; podczas nagrywania taśma się wyczerpała, a zespół nie miał ani czasu, ani pieniędzy, by nagrać to ponownie), za to sam Robert Smith miał niesamowitą wenę i napisał wszystko praktycznie w studiu. Co o samym albumie? Jest dość spokojny, w sam raz do słuchania jesiennymi wieczorami (same drzewa na okładce płyty wyglądają na mocno jesienne). Jest smutek, ale bardziej w formie cichego przeżywania; wspomniany chłodny klimat jest dość odczuwalny i brak tutaj emocjonalnego podejścia do tematu, które moim zdaniem cechuje bardziej następny album, czyli Faith. Jest to też tym samym zaczątek tzw. "mrocznej trylogii" grupy, po której zespół poszedł w bardziej popowe rejony... lecz do tego dojdziemy. Na razie zapraszam do przesłuchania.

Link w "czytaj więcej".

Three Imaginary Boys (1979)


Three Imaginary Boys to debiutancki album, znanej chyba czytelnikom grupy The Cure, pionierów "gotyckiego" rocka (sam lider Robert Smith nienawidzi takiego kategoryzowania jego muzyki), choć ich debiut bardziej zalicza się do typowego post-punku. Brak tutaj rozpoznawalnych klawiszy, charakterystycznej, "mechanicznej" perkusji, czy przygnębiającego klimatu (choć tutaj można się w paru przypadkach kłócić), które cechują późniejsze albumy - jest za to energia, dość chwytliwe melodie i dwa utwory, które nie miały się znaleźć na albumie (wytwórnia zadecydowała inaczej niż Smith, dopiero później zdołał posiąść pełną kontrolę nad produkcją albumów zespołu). Mamy tutaj melancholijne 10:15 Saturday Night, punkowe Object, mroczny Subway Song (trzymajcie się przy końcówce, hehe), czy depresyjne Three Imaginary Boys, dające wskazówkę, w którą stronę pójdzie muzyka grupy na następnych produkcjach. Dobry początek na zapoznanie się z "Kjurami".

Link w "czytaj więcej".

piątek, 18 listopada 2011

The United States of America (1968)


Jeden z szerzej nieznanych klasyków ery psychodelicznej lat '60. Nagrany przez grupę o tej samej nazwie, The United States of America łączy psychodeliczne klimaty, spopularyzowane m. in. przez The Doors, czy Jefferson Airplane, z nowatorskim, wręcz awangardowym użyciem elementów elektronicznych, co bardziej przywodzi na myśl dokonania Silver Apples. Przykład z brzegu? Nie ma tutaj gitary, co może dziwić, słysząc takie utwory jak Hard Coming Love, czy Coming Down - okazuje się, że to albo przetworzone, elektryczne skrzypce, lub... generatory. Cóż, w tamtych czasach trzeba było się obyć bez super bajeranckich syntezatorów, którymi wspiera się dzisiaj co druga indie popowa grupa. Ogólnie, album lawiruje między ostrymi, energicznymi utworami, a typowo psychodelicznymi, spokojnymi kompozycjami (Cloud Song, Where is Yesterday); warto zwrócić też uwagę na miażdżący, końcowy utwór The American Way of Love (tutaj też są użyte "potężne" generatory), który w połowie zmienia się w totalną jazdę po przypadkowych kawałkach poprzednich numerów, coś w stylu podsumowania. Dla samej elektroniki warto przesłuchać ten album i zobaczyć, jak "to" się robiło bez wsparcia współczesnej technologii.

Link w "czytaj więcej".

wtorek, 15 listopada 2011

Crazy Rhythms (1980)


Crazy Rhythms to pierwszy album amerykańskiej grupy The Feelies. Ich debiut wyróżnia połączenie post-punkowego eksperymentalizmu z chwytliwymi melodiami, notabene tworząc podwaliny pod późniejszy podgatunek jangle-pop (wiecie, R.E.M. i te sprawy). Charakterystyczne jest tutaj "czyste" brzmienie gitar, brak tutaj więc typowego dla punku (i trochę też dla post-punku) "brudu". Kompozycje są dość minimalistyczne, np. na otwierającym płytę The Boy With The Perpetual Nervousness czy (dostępne do odsłuchu) Loveless Love, gdzie główną rolę grają tutaj wspomniane gitary, budując odpowiedni nastrój. Nie zabrakło tutaj jednak "hitowego" coveru, w tym przypadku The Beatles i ich Everybody's Got Something To Hide (Except Me And My Monkey) (ach, te długie nazwy utworów), ukazując bardziej "piosenkowy" charakter albumu; tyczy się to także kawałka Fa Cé-La. Tak czy inaczej, jest to płyta bardzo ważna, szczególnie dla amerykańskiego rocka i ruchu jangle-pop, jak i również późniejszego rocka alternatywnego. Warto posłuchać.

Link w "czytaj więcej".